na skróty
Historia - 200-lecia istnienia Szkoły Podstawowej w Raciborowicach
Cała rodzina w służbie polskiej szkole

Artykuł Marii, Anny i Jadwigi Raźnych

Nasi rodzice, Janina i Stefan Raźni, poświęcili swe życie Szkole Podstawowej im. ks. Jana Długosza w Raciborowicach. Mama służbę tę rozpoczęła we wrześniu 1930 roku, przychodząc do raciborowickiej szkoły w charakterze „nauczycielki stałej” ze szkoły Podstawowej w Nowej Wsi Szlacheckiej. Ojciec – do wybuchu II wojny światowej oficer Stacji Radiotelegraficznej Nr 3 Okręgu Korpusu Nr V w Krakowie – podjął pracę nauczyciela w Raciborowicach, swej rodzinnej miejscowości, 1 czerwca 1940 roku. W roku szkolnym 1963/1964 dołączyła do nich po rocznej pracy w szkole Podstawowej w Bieżanowie najstarsza córka, Maria Raźna, absolwentka fizyki na Studium Nauczycielskim w Krakowie, którą kontynuowała w Instytucie Kształcenia Nauczycieli w Warszawie – Filia w Nowym Sączu, gdzie uzyskała wykształcenie wyższe zawodowe. Średnia córka – absolwentka filologii polskiej i rosyjskiej na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego, prof. dr hab. i wykładowca tego Uniwersytetu w zakresie badań filologicznych i kulturowych – od początku swej pracy akademickiej na najstarszej polskiej uczelni podtrzymywała więzy z raciborowicką szkołą organizując z jej nauczycielami i uczniami działalność kulturalną, a także wspierając jej najzdolniejszych absolwentów w staraniach o przyjęcie na studia wyższe. Również najmłodsza córka, Jadwiga - absolwentka filologii romańskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim oraz kursów języka francuskiego i włoskiego we Francji, Włoszech i Szwajcarii – podjąwszy pracę romanisty w X Liceum Ogólnokształcącym im. Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie, nawiązała współpracę z raciborowicką szkołą, przygotowując w niej w niej z rodzicami i siostrami różne imprezy kulturalne oraz udzielając lekcji języka francuskiego tym wszystkim uczniom, którzy ją o to prosili.

Janina Raźna rozpoczęła pracę w Raciborowicach jako Janina Skoczyńska, młoda nauczycielka, która po ukończeniu Seminarium Nauczycielskiego im. św. Rodziny w Krakowie i uzyskaniu – na podstawie egzaminu złożonego przed Państwową Komisją Egzaminacyjną „patentu na nauczyciela szkół powszechnych” - podjęła pracę na wsi z zamiłowania. Pochodziła z dosyć zamożnego rodu, który w krakowskim Podgórzu miał od dawna wysoką pozycję (Skoczyńscy zasłużyli się m.in. przy budowie podgórskiego kościoła pod wezwaniem św. Józefa), a w dziejach rodzinnych tradycję powstańczą (ze strony matki, pochodzącej z rodziny Drozdowskich, przodkowie walczyli w Powstaniu Styczniowym). Zamiłowanie do pracy nauczycielskiej połączyła Mama z zamiłowaniem do gry na skrzypcach, której uczyła się nie tylko w seminarium, ale również ponad dwa lata w Konserwatorium Towarzystwa Muzycznego w Krakowie, gdzie jej nauczycielem gry na tym instrumencie był J. Muzika. Ta właśnie umiejętność i talent muzyczny stały się wraz z predylekcją do przedmiotów humanistycznych największym atutem w jej powołaniu nauczycielskim. Dały o sobie znać już na pierwszej posadzie nauczycielskiej, którą otrzymała w 1925 roku w Nowej Wsi Szlacheckiej, gdzie prowadziła, oprócz języka polskiego i historii, lekcje śpiewu, organizowała z dużym powodzeniem przedstawienia szkolne oraz akademie. Piękne zdjęcie z tamtego okresu pokazuje Janinę Skoczyńską stojącą ze skrzypcami w ręku wśród bosych uczniów trzymających w ręku śpiewniki z nutowym zapisem nauczanych pieśni. Przybycie do raciborowickiej szkoły w 1930 roku rozpoczęło najważniejszy okres w jej życiu i jednocześnie pracy nauczycielskiej, której ideałem było doskonalenie posiadanego wykształcenia i zdobytych umiejętności w służbie polskiej szkole. Kierując się tym ideałem, została czynnym członkiem Polskiego Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół” (1932 r.), uczestniczyła w kilku organizowanych przez Związek Nauczycielstwa Polskiego wakacyjnych kursach metodyczno-pedagogicznych, kursie harcerskim dla nauczycielek w Wilnie, a następnie w Kupie nad Naroczą (1934 r.), państwowym kursie wakacyjnym wychowania fizycznego w Kutach na terenie Okręgu Szkolnego Lwowskiego (1935 r.). Wyjątkowe znaczenie miało dla Mamy ukończenie rocznego Państwowego Kursu Nauczycielskiego w Poznaniu w 1933 roku. Taki kurs, niezależnie od specjalizacji, oznaczał podwyższenie kwalifikacji zawodowych i zaliczenie do elity nauczycielskiej, nie tylko ze względu na sam otrzymany dyplom, ale również wcześniejszą wysoką konkurencyjność na etapie kwalifikowania do grona przyjętych poprzez konkursowy egzamin wstępny, a następnie egzamin końcowy. Praca nauczycielska Janiny Skoczyńskiej była wysoko oceniana nie tylko przez kierownika szkoły, Kazimierza Rumiana, ale również władze Kuratorium Okręgu Szkolnego Krakowskiego, które odznaczyły ją w 1938 roku Brązowym Medalem za Długoletnią Służbę. Równie wysoko było oceniane jej zaangażowanie na niwie społecznej, m.in. honorowa praca w charakterze okręgowego komisarza spisowego w Drugim Powszechnym Spisie Ludności Rzeczypospolitej Polskiej, za którą otrzymała w 1931 roku od generalnego Komisarza Spisowego odznakę „Za ofiarną pracę.”

We wspomnieniach naszej Mamy, obejmujących lata trzydzieste w raciborowickiej szkole, dominowała nuta spełnienia zawodowego, satysfakcji i szczęścia, które zawdzięczała nade wszystko spotkanym tutaj nauczycielom, uczniom i miejscowym ludziom. Wdzięcznością swą obejmowała zawsze rodzinę kierownika raciborowickiej szkoły, którego przedstawiała nam jako niezwykle kompetentnego i utalentowanego nauczyciela, organizatora i społecznika obdarzonego talentem artystycznym. Ten ostatni znajdował ujście w organizowanych przez niego zarówno z dziećmi, jak i z dorosłymi przedstawieniach teatralnych dla miejscowej ludności. Dla Mamy, rozmiłowanej w literaturze, muzyce i śpiewie stanowiły one wspaniałą przygodę, gdyż nie tylko w nich uczestniczyła, ale także pomagała kierownikowi Rumianowi w ich przygotowaniu. Ważnym przedłużeniem tej działalności na niwie kulturalnej było zorganizowanie przez nich chóru kościelnego, nie tylko uświetniającego uroczystości religijne, ale również odgrywającego rolę instytucji integrującej osoby utalentowane, aspirujące do miana tutejszej elity. Elitę te kształtowały cztery ośrodki: szkoła, kościół, dwór oraz znajdująca się w sąsiednich Batowicach ekskluzywna Lecznica dla Nerwowo Chorych, założona przez profesora Tadeusza Rogalskiego na terenie posiadłości, należącej wcześniej do syna Jana Matejki, Jerzego. Mama, podobnie jak pozostałe raciborowickie nauczycielki, mieszkała w wynajmowanym przez gminę mieszkaniu w domu państwa Rusinków w Raciborowicach, bardzo sympatycznych i gościnnych gospodarzy. Dopóki nie było kolei kontakt nauczycielstwa z Krakowem był utrudniony i odbywał się zawsze za pośrednictwem wynajmowanych furmanek. Mama dzięki swej działalności kulturalnej stała się znana w batowickim pensjonacie, który często zapraszał ją do korzystania z samochodu, jakim jeździł do Krakowa personel lekarski. Nauczycielki przyjaźniły się, wspólnie chodziły na spacery, zapraszały się nawzajem na imieniny, majówki, jubileusze. Przyjaźnie zawarte w tym okresie przetrwały próbę czasu. Jej przykładem była przyjaźń mamy z Marią Ligęzianką, trwająca do 24 września 1986 roku – dnia śmierci mamy. Świętem dla szkoły były zawsze imieniny kierownika Rumiana, przypadające na św. Kazimierza. Mama była wtedy głównym organizatorem tej uroczystości, obejmującej obowiązkowo jakieś przedstawienie następujące po złożeniu życzeń solenizantowi. Równie ważnym wydarzeniem były organizowane wycieczki do Krakowa oraz pielgrzymki do Częstochowy (pociągiem z Krakowa) i do sanktuarium Podwyższenia św. Krzyża w Mogile, dokąd nauczycielstwo i uczniowie raciborowickiej szkoły udawali się pieszo, przez Mistrzejowice i Bieńczyce.

Okres dwudziestolecia międzywojennego zwieńczyło w życiu Mamy małżeństwo z pochodzącym ze starej młynarskiej rodziny w Raciborowicach Stefanem Raźnym, dobrze sytuowanym wówczas oficerem radiotelegrafistą, pracującym w centrali Stacji Radiotelegraficznej NR 3 w Krakowie, a mieszczącej się w krzesławickim forcie. Po ślubie zawartym 3 września 1938r. w kościele parafialnym w Raciborowicach rodzice zamieszkali w części dużego, należącego niegdyś do rządcy Jerzego Matejki, nowoczesnego jak na owe czasy domu (zbudowany na początku lat 90. XIX wieku na wzór dworku szlacheckiego, murowany, z dębowymi podłogami, drzwiami i oknami, kryty dachówką, z przestronnymi pokojami o powierzchni 25 m ²), jaki nasza babcia, matka Stefana Raźnego, kupiła już jako wdowa po Macieju Raźnym, który zginął w czasie I wojny światowej w Insbrucku. 1938 rok i kilka miesięcy 1939, do wybuchu wojny, to były najszczęśliwsze dni w życiu naszych rodziców, które opromieniło im dodatkowo przyjście na świat ukochanego synka Stasia.(7.08.1939). Niestety, gdy pojawiła się w 1940r epidemia dyfterytu, rodzice nie byli w stanie uchronić go przed tą zbierającą wówczas żniwo śmiertelną chorobą, musieli pogodzić się z jego odejściem w grudniu 1940 roku. Śmierć Stasia wpisała się w pasmo innych nieszczęść, związanych z wybuchem II wojny światowej. Ojciec, jako radiotelegrafista i specjalistą od szyfrów, włączony w system służb specjalnych, już w sierpniu 1939 roku został wcielony w operacje Wojska Polskiego, a następnie jego walkę z hitlerowskim najeźdźcą. W wyniku działań wojennych znalazł się w krótkim czasie na wschodzie Polski, gdzie jego dywizja usiłowała stawić opór Niemcom. Gdy 17 września 1939 roku Armia Czerwona uderzyła z tyłu na Polskę, dywizja ojca znajdowała się w Tarnopolu. Walka z wrogiem na dwa fronty była niemożliwa; jednostka uległa rozsypce, wielu żołnierzy poległo, reszta dostała się do niewoli radzieckiej. Ojciec wspominał ten moment jako jeden z najtragiczniejszych w jego życiu. W polskich mundurach, ale rozbrojeni, popędzani przez radzieckich sołdatów, posuwali się śmiertelnie zmęczeni, głodni i wycieńczeni w bezładnym szyku na Wschód. Wcześniej, przewidując możliwość wzięcia do niewoli, ojciec z paroma kolegami zaplanowali ucieczkę: mieli uciekać pojedynczo, zatrzymując się dłużej przy studniach z wodą, unikać zabudowań, kryć się po rowach i stogach siana, jak najszybciej pozbyć się munduru wojskowego, szukając wieczorami na jego miejsce jakiegokolwiek okrycia cywilnego w miejscowych szkołach, gdzie – o czym ojciec jako mąż nauczycielki dobrze wiedział – zatrudnieni byli Polacy. Ojciec szybko znalazł u polskich nauczycieli ubranie dla siebie, zostawiając im w podziękowaniu pamiątkową złotą dewizkę. Uciekło ich sześciu, przeżyło dwóch. Reszta zginęła z rąk Niemców i Ukraińców. Uciekając wciąż na Zachód, Ojciec dostał się w ręce Niemców, gdy przepływał Bug. Przetrzymali go parę dni w areszcie w Zamościu, poddając szczegółowemu przesłuchaniu, z którym ojciec poradził sobie nieźle, gdyż znał język niemiecki. Wypuścili go pod warunkiem, że będzie się co miesiąc meldował władzom niemieckim w miejscu swojego zamieszkania. Korzystając z furmanek wiejskich i, licząc na własne nogi, dotarł do domu w Batowicach na Wszystkich Świętych 1939 roku. To był koniec jego kariery w V Korpusie w Krakowie. Podobnie jak milionom Polaków, również naszym rodzicom wojna zrujnowała życiowe plany, zburzyła spokój i skazała na wegetację w fatalnych warunkach. Mama została przez Niemców zwolniona z pracy nauczycielskiej w 1940 roku, ojciec nie miał żadnej pracy. Zanim ją otrzymał - dzięki wsparciu kierownika Kazimierza Rumiana oraz miejscowych księży – w czerwcu 1940 roku w charakterze nauczyciela tymczasowego w raciborowickiej szkole, mógł liczyć tylko na wsparcie rodziny. Dla tego zatrudnienia decydujące znaczenie miał nie tylko dyplom ukończenia Seminarium Nauczycielskiego dla Mężczyzn, jaki zdobył ojciec przed ukończeniem Szkoły Podoficerskiej, ale również dobra opinia i zaufanie, jakim się cieszył u miejscowej ludności. Znany był z odwagi i patriotycznej postawy, której świadectwem były nowe, wojenne dowody – obrona Polski przed hitlerowskim najeźdźcą, a następnie Armią Czerwoną, ucieczka z niewoli radzieckiej, a po powrocie do domu - udział w randze oficera w organizowaniu na terenie Batowic Związku Walki Zbrojnej. Z ZWZ przeszedł do Straży Chłopskiej „Chłostry” zwanej od wiosny 1942 roku Batalionami Chłopskimi, które na terenie Powiatu Krakowskiego zjednoczyły się z oddziałami Armii Krajowej w sierpniu 1944 roku. Z tego okresu wywodziła się przyjaźń ojca z Janem Kotyzą, również członkiem ZWZ, organizatorem Batalionów Chłopskich, a następnie Armii Krajowej na terenie Bieńczyc, komendantem BCh obwodu krakowskiego, zastępcą komendanta obwodu AK Kraków. Przyjaźń ta przetrwała wojnę i uległa umocnieniu, gdy żona Kotyzy, Maria, zaczęła pracować w raciborowickiej szkole jako nauczycielka. Więzy moich rodziców z Kotyzami były wielorakie. Obejmowały działalność w wymienionych formacjach polskiego ruchu oporu z czasów wojny, pracę zawodową (nie tylko żony, ale również mężowie byli nauczycielami – Jan Kotyza był bowiem wykładowcą akademickim, biorącym udział w tajnym nauczaniu na terenie Bieńczyc), działalność społeczną, przywiązanie do tradycji i kościoła katolickiego. Pamiętamy z dzieciństwa składane w naszym domu przez państwa Kotyzów i ich dzieci – naszych rówieśników – wizyty. Pojawiali się u nas zazwyczaj w niedzielne letnie bądź jesienne popołudnia nieco utrudzeni, gdyż szli do Batowic z Bieńczyc pieszo. Gdy starsi rozprawiali w oddzielnym pokoju przy herbacie i domowym cieście (mama piekła przeważnie kruche z powidłem bądź szarlotkę), my z młodymi Kotyzami (dwie dziewczyny i trzech chłopców, z których jeden - Andrzej – był chrześniakiem naszego ojca) dzieliliśmy się opowieściami o naszych szkolnych przygodach bądź organizowaliśmy wspólne zabawy. Nasze rewizyty u nich były dla nas zawsze sporym przeżyciem, gdyż były zderzeniem z Nową Hutą, która na naszych oczach pożerała tę typowo podkrakowską wieś, jaką były rodzinne dla Kotyzów Bieńczyce. Razem z nimi przeżywaliśmy przeniesienie z wiejskiego domu do bloku i próby przystosowania do nowych warunków życia. W przyjacielskich więzach tych dwóch rodzin na uwagę zasługuje wielka nauczycielska próba, przez jaką przeszli nasza Mama i Jan Kotyza. Był to udział w tajnym nauczaniu. To był akt nie tylko wolnej woli i specyficznego bohaterstwa, ale również najwyższe świadectwo służby polskiej szkole. Ze strony Mamy był to podwójny akt odwagi – prowadziła bowiem nauczanie z historii i języka polskiego w zakresie szkoły powszechnej i gimnazjum w naszym batowickim domu, w czym wspierał ją ojciec zaangażowany w działalność podziemną. Była to praca honorowa, społeczna, choć trzeba przyznać, że rodzice nauczanych dzieci starali się odwdzięczyć Mamie, posyłając jej mąkę, jajka, czasem kurę, słoninę. Na pochwałę zasługuje w tym miejscu miejscowa społeczność – solidarna, lojalna, nieskora do zdrady i niezdolna do współpracy z Niemcami, którzy nigdy nie dowiedzieli się o zakazanej przez nich działalności raciborowickich nauczycieli (oprócz Mamy w tajnym nauczaniu brało udział czterech nauczycieli tej szkoły: Kazimierz Rumian, Gertrudda Biernat, Józefa Małusecka, Irena Ślusarz). Ludzie z podkrakowskich wsi: Batowic, Dziekanowic, Kończyc, Zastowa, Kantorowic, Zesławic zdali egzamin z lojalności i patriotyzmu również wtedy, gdy po wojnie rządy w Polsce objęli komuniści wrogo nastawieni do takich postaw. W rozmowach z nimi wszyscy milczeli na temat wojennych dziejów raciborowickich nauczycieli. W szczególnie trudnej sytuacji znalazł się ojciec ze swą przedwojenną przeszłością i podziemną działalnością. Dzięki wsparciu miejscowej społeczności nie tylko utrzymał się po 1945 roku na posadzie nauczyciela w raciborowickiej szkole, ale nawet został spośród jej grona w specyficzny sposób wyróżniony. Został bowiem skarbnikiem Komitetu Budowy nowej szkoły, która powstała na miejscu starej, zdewastowanej przez okupanta najpierw niemieckiego, a pod koniec wojny radzieckiego. Mama natomiast – po okresie „przymusowej bezczynności”, trwającym od 1 czerwca 1940 roku - została przywrócona na stanowisko nauczycielki w szkole w Raciborowicach z dniem 1 lutego 1945 roku.

Skończył się jeden koszmar, zaczął się drugi, choć nie tak okropny jak wojna. Zaczęły się szkolenia ideologiczne nauczycieli w duchu marksizmu i komunizmu oraz indoktrynacja społeczeństwa polskiego poddanego przymusowej transformacji ustrojowej, społecznej, kulturowej. Od najmłodszych lat pamiętamy zdenerwowanie rodziców przed i po każdym takim szkoleniu, narady z miejscowymi księżmi, jakie odbywali w naszym domu w pokoju zamkniętym przed nami. Zastanawiali się, jak chronić młodzież przed zgubnymi skutkami wrogiej ideologii, jak zachować wiarę i tradycję. Trzeba było dużego uporu i odwagi, aby dochować wierności wartościom przedwojennej szkoły, a jednocześnie dużej ostrożności, aby nie dać się zniszczyć. Rodzice przetrwali wiele prób powiązanych z różnego rodzaju groźbami ze strony przedstawicieli PZPR, namawiających ich do wstąpienia w szeregi tej partii. Pozostali nieugięci. Bojąc się represji, ojciec nie zdecydował się nigdy na zamieszkanie w wygodnym, dużym służbowym mieszkaniu w nowej szkole, gdy 1 września 1951 roku objął obowiązki jej tymczasowego kierownika. Codziennie aż do przejścia na emeryturę (ojciec w 1972 roku, Mama w 1974 roku) chodzili więc pieszo do raciborowickiej szkoły, w której służbowe mieszkanie kierownika zajmowały wciąż zmieniające się młode nauczycielki pochodzące z Krakowa. Walka z wrogą ideologią komunistyczną polegała na wierności tradycji i prawdzie, które – umiejętnie przekazywane głównie na lekcjach historii i języka polskiego – obnażały jej fałsz i nicość. Gdy przed powrotem Gomułki do polityki przyszedł od władz oświatowych Powiatu Krakowskiego rozkaz zdjęcia krzyży ze ścian sal szkolnych, nie znalazł się nikt ani wśród grona nauczycielskiego, ani wśród rodziców uczniów, kto wypełniłby ten rozkaz. Skończyło się na tym, że dla wykonania tego zadania musiała przyjechać do raciborowickiej szkoły specjalna ekipa z powiatu, która bez skrupułów zdjęła bez żadnego poszanowania krzyże i wywiozła je. Moim rodzicom udało się uratować jeden z krzyży, srebro-czarny krucyfiks, który wisi do dnia dzisiejszego w pokoju naszego batowickiego domu. Dużym ciosem nie tylko dla grona nauczycielskiego, uczniów i ich rodziców, ale także dla całej tutejszej społeczności było usunięcie przez powiatowe władze oświatowe z nazwy szkoły skrótu odnoszącego się do stanu kapłańskiego jej patrona. W miejsce starej nazwy: Szkoła podstawowa im. ks. Jana Długosza w Raciborowaicach, władze narzuciły nazwę ”Szkoła Podstawowa im. Jana Długosza w Raciborowicach”. Była to bezpośrednia reakcja na donos, złożony w 1965 roku na naszą mamę w powiatowym wydziale oświaty przez osobę spoza miejscowej społeczności. Donos dotyczył akademii, jaką mama zorganizowała w domu parafialnym z okazji rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 Maja. Była w nim mowa o tym, że dzieci szkolne śpiewały na akademii religijne pieśni. Tak była zrozumiana przez donosiciela słynna pieśń zaczynająca się od słów: Patrz Kościuszko na nas z nieba…Mama została wezwana w trybie pilnym do powiatu na rozmowę, w której dostała służbowe upomnienie, zaś ojciec rozkaz zawieszenia tablicy z nową nazwą szkoły. Mama zlekceważyła złożony na nią donos i z uporem organizowała nadal w domu parafialnym akademie w rocznicę Konstytucji 3 Maja, od 1963 roku już przy pomocy swej córki Marii, która podjęła w raciborowickiej szkole pracę nauczycielki. Wyrzucenie tego niewielkiego skrótu: ks. oddaje wrogie nastawienie ówczesnych władz nie tylko do kościoła katolickiego w Polsce, ale również do każdej tradycji, która zawierała katolickie elementy. Trzeba było długich lat kultywowania pamięci o niej, aby przy wielkim powiewie wolności, jaki zrodziła Solidarność, podjąć starania o przywrócenie raciborowickiej szkole pierwotnej nazwy, co nastąpiło dopiero po roku 1989. Rodzice żyli nadzieją na wolną i suwerenną Polskę, ale nie doczekali jej. Ojciec zmarł w 1974 roku, przesunięty w bezwzględny sposób przez komunistyczne władze oświatowe na emeryturę w stanie ciężkiej choroby, bez jakichkolwiek możliwości wykorzystania należnego mu urlopu dla poratowania zdrowia. Mama doczekała wprawdzie Solidarności, ale przeżyła wraz z nią tragiczne lata stanu wojennego i odeszła przed pierwszymi wolnymi wyborami w Polsce w 1986 r.

Ważną rolę w kształtowaniu dobrej atmosfery szkolnej odgrywały kontakty, jakie utrzymywali nauczyciele z duchowieństwem raciborowickiej parafii. Ich ton nadawał ojciec, który jako kierownik szkoły dbał o to, aby nie poddawać wpływom ideologii komunistycznej wychowania młodzieży i w tym względzie kształtować je razem z każdym wikarym, który musiał uczyć religii poza budynkiem szkolnym – w domu parafialnym i na plebanii. Starał się zawsze układać podział godzin w porozumieniu z księżmi tak, aby uczniowie danej klasy po zakończeniu lekcji szli bezpośrednio – bez zbędnego oczekiwania i wałęsania się – na religię. Często omawiano z księżmi u nas w domu lub na plebanii różne problemy wychowawcze (wagary, lenistwo, wulgarne słownictwu uczniów, aspołeczne postawy, cwaniactwo). Na uroczystościach pierwszokomunijnych obecność wychowawcy (przeważnie były to nauczycielki) i reszty grona nauczycielskiego uważana była niemal za obowiązek, podobnie jak pamiątkowe zdjęcie z tej uroczystości. Udawało się nawet organizować - zazwyczaj w niedziele - pielgrzymki do Częstochowy z udziałem nauczycieli. Dla naszych rodziców każdy nowy wikary był nie tylko kapłanem, ale również nauczycielem, który szybko stawał się dobrym znajomym, chętnie widzianym w naszym domu. Zapamiętałyśmy dobrze zwłaszcza tych, którzy byli naszymi nauczycielami religii w szkole podstawowej, a następnie w krakowskim liceum, kiedy pobierałyśmy jej lekcje na raciborowickiej plebanii. Byli to: ks. Stanisław Wójciak, ks. Jan Sala, ks. Czesław Rogowiec, ks. Marcin Kuliga. Najmocniej wbiły się w naszą pamięć osoby zaprzyjaźnionych z sobą dwóch kapłanów: ks. Stanisława Jałochy i ks. Józefa Kurzeji. Pierwszy przybył do naszej parafii na początku lat 60. ks. Jałocha, który szybko dał się poznać jako wspaniały nie tylko kapłan, ale również człowiek. Był wesołym, otwartym na ludzi i ich potrzeby księdzem, który jednocześnie stanowił w kontaktach z parafianami mocne wsparcie dla schorowanego księdza kanonika Józefa Jamroza, pozostającego – mimo bardzo podeszłego wieku – nadal na stanowisku proboszcza. Ważnym atutem księdza Jałochy w relacjach z tutejszą społecznością była umiejętność rozeznania sytuacji materialnej rodzin biednych i wielodzietnych, którym dyskretnie, ale systematycznie, spieszył z hojną pomocą. Na jego pobyt w Raciborowicach wypadła rocznica tysiąclecia chrztu Polski. Przygotował ją z wielkim rozmachem, angażując do jej zorganizowania wszystkich aktywnych parafian, a także raciborowickie nauczycielki. Centralne uroczystości, które odbyły się w kościele i na przykościelnym terenie miały piękny scenariusz, obejmujący mszę św, cykl śpiewów, recytacje i inscenizację literacką. Ksiądz Jałocha połączył w nim wymiar religijno-historyczny z patriotycznym, podejmując kulturotwórczą rolę naszego parafialnego kościoła, kontynuowaną w późniejszych latach. Za jego namową, kto tylko mógł, wyjął z szafy krakowski strój, będący od dłuższego czasu w pogardzie – jako przejaw staroświecczyzny. W tym zgromadzeniu religijno-patriotycznym dominowały kobiety w kolorowych gorsetach, białych haftowanych bluzkach, kwiecistych spódnicach i koronkowych fartuchach. Te, które były bogate, sprawiły sobie na tę uroczystość nowy strój, do którego gorsety szyła, a nade wszystko wyszywała kolorowymi nićmi i koralami oraz drobnymi cekinami pani Głowina z Zastowa. My, będąc wówczas studentkami Uniwersytetu Jagiellońskiego, które nie chciały obciążać dodatkowo domowego budżetu, wystąpiłyśmy w pożyczanych strojach. Pamiątkowe zdjęcia z tych uroczystości zajmują ważne miejsce w naszych rodzinnych albumach, stanowiąc świadectwo powrotu do bajecznie kolorowej tradycji w szarym świecie PRL-u. Ksiądz Jałocha sprawił, że od tej pory krakowski strój był nieodzownym elementem uroczystości kościelnych, a jego posiadanie powodem do dumy.

Inny wymiar miała działalność ks. Józefa Kurzeji, wikarego pełniącego w Raciborowicach swą posługę niecałe dwa lata (1968-1870) - charyzmatycznego kapłana i społecznika, obdarzonego zmysłem gospodarskiej zapobiegliwości i troskliwości nie tylko o sam kościół, plebanię i dom parafialny, ale również o potrzeby Raciborowic. W pełnieniu misji kapłańskiej i społecznej pomagały mu dynamiczne usposobienie oraz umiejętność nawiązywania bezpośrednich kontaktów z ludźmi. Już w pierwszych tygodniach swego pobytu w Raciborowicach skupił ich spore grono wokół siebie i zaproponował budowę ogrodzenia dla kościoła. W kilka miesięcy potem powstało wokół naszej zabytkowej świątyni, uzgodnione z instytucjami chroniącymi zabytki, piękne, stylowe ogrodzenie z jasnego kamienia. Dodatkowo ułożono wokół kościoła piękny chodnik z mieszanego kamienia dla uroczystych procesji. Ksiądz Kurzeja zaimponował bez wyjątku wszystkim. W czasach PRL-u zdobycie dobrych materiałów budowlanych, podobnie jak załatwienie ekipy fachowców, graniczyło niekiedy z cudem. Podziw dla tego młodego wikarego i szacunek został ugruntowany, gdy wraz z tutejszymi działaczami społecznymi w krótkim czasie zbudował na miejscu błotnistej ścieżki chodnik, który prowadził do przystanku kolejowego Zesławice. Chodnik liczył ponad pół kilometra i radykalnie zmienił warunki dojazdu do Krakowa wielu mieszkańców Raciborowic, Zastowa, Kończyc, Książniczek. Od księdza Kurzeji wyszła również inicjatywa remontu kościoła i domu parafialnego. Omawiał ją kilka razy z naszymi rodzicami, zyskując ich poparcie i żywe zainteresowanie wiążącymi się z nią problemami. Zawsze wpadał do nas nieoczekiwanie i na krótko, jakby dla zaczerpnięcia tchu. Pamiętamy, gdy w czasie jednej z takich wizyt w maju 1970 roku oznajmił nam, że zyskał poparcie ks. kardynała Karola Wojtyły dla koncepcji wybudowania punktu katechetycznego na obrzeżach budowanego wówczas mistrzejowickiego osiedla. Przyszły papież doskonale rozpoznał wielkie możliwości duchowe i organizacyjne raciborowickiego wikarego i zaplanował jego osadzenie pośród rodzącej się społeczności nowego osiedla. Wiadomość ta spadła na nas jak grom z jasnego nieba. Oznaczała bowiem nie tylko odejście z naszej parafii wspaniałego kapłana, ale również odłączenie od niej Mistrzejowic, które od wieków były jej żywą częścią. Ksiądz Kurzeja tłumaczył z zapałem, że tego wymaga dobro mieszkańców dwudziestotysięcznego osiedla, dla którego nie zaplanowano kościoła. Zrozumieliśmy go, ale jednak czuliśmy żal, że dziać się to będzie z jakąś naszą krzywdą. Wszyscy bowiem potrzebowaliśmy wtedy wyjątkowych kapłanów. Natomiast samą Nową Hutę kolejny raz odebraliśmy – zwłaszcza nasi rodzice i ich rówieśnicy – jako zagrożenie dla podkrakowskich wsi. Ta najmłodsza dzielnica starego Krakowa jawiła się nam jako bezwzględny moloch niszczący żyzne pola, dewastujący urodzajne sady i zielone ogrody, rozbijający na drzazgi niebieskie drewniane domy. Moloch niszczył nie tylko bogactwo ziemi i krajobrazu, ale również żywy organizm podkrakowskich gmin, dzieląc go i okrawając. Włączanie do obszaru Nowej Huty całych wsi, bądź ich części oznaczało zawsze często dramatyczne w skutkach rozrywanie tradycyjnych więzów. Wcielonym na siłę do komunistycznej dzielnicy Krakowa chłopskim rodzinom nie zaoferowano nic na miejsce zniszczonego poczucia wspólnoty. Wiedzieliśmy o tym od naszych znajomych, kolegów i rówieśników z Kantorowic i Zesławic, których odcięto od nas i od raciborowickiej szkoły, gdy w połowie lat 60. wcielono ich wsie do Nowej Huty. Po latach zrozumieliśmy, że im bardziej potrzebny był ks. Józef Kurzeja. Teraz chlubimy się tym, że było nam dane zetknąć się z kapłanem, który otrzymał od przyszłego papieża wyjątkową misję: zorganizowania nowej parafii w komunistycznej dzielnicy Krakowa i wprowadzenia do jej architektury elementu sakralnego. Stał się nim – wbrew zamysłom ideologów ówczesnej władzy – budynek kościoła p.w. św. Maksymiliana Kolbe, którego budowę rozpoczął przed swoją przedwczesną śmiercią ks. Kurzeja. W sierpniu 1970 roku, zanim opuścił Raciborowice, zdążył przy pomocy tutejszych parafian przygotować w ciągu paru dni drewnianą konstrukcję obiecanego ks. kardynałowi Karolowi Wojtyle punktu katechetycznego – drewnianego niewielkiego baraku, który pod osłoną nocy przewieziono i zmontowano na obrzeżu nowego osiedla. Barak został pomalowany na zielono (aby nie rzucał się w oczy) i od tej pory zaczął funkcjonować pod nazwą zielonej budki nie tylko jako punkt katechetyczny i ośrodek organizowanej parafii, ale również miejsce niedzielnej mszy i religijnych uroczystości. Parafianie raciborowiccy do końca wspierali księdza Kurzeję w jego nowych zadaniach i towarzyszących im zmaganiach z komunistyczną władzą. Tak bowiem rozumieliśmy wierność nie tylko ludziom, ale również ich ideałom.

Raciborowiccy nauczyciele wierność tradycji i patriotyzm manifestowali m.in. poprzez obecność każdej niedzieli i w każde święta na mszy, różnych uroczystościach i nabożeństwach, a także w życiu parafii. Do kościoła szłyśmy zawsze razem z rodzicami, którym zależało na tym, aby nie tylko nam dać dobry przykład, ale również miejscowym ludziom i zachęcać ich, aby się nie bali dawać świadectwa swym przekonaniom religijnym. Miejsce ojca było zawsze na chórze, gdzie wspierał organistę w intonowaniu przeznaczonych na dany okres liturgiczny pieśni. Mama siadywała zwykle w bocznej ławce przy głównym ołtarzu, skąd obserwowała zachowanie dzieci szkolnych. Gdy było ono nieodpowiednie, uczniowie byli za nie upominani w szkole. Ważna była także obecność na niedzielnych gorzkich żalach, a nade wszystko na procesji Bożego Ciała, która w czasach stalinowskich i za Gomułki odbywała się wokół kościoła. Otwarcie każdego nowego roku szkolnego i jego zakończenie rozpoczynało się mszą św. w kościele, skąd grono nauczycielskie i uczniowie szli gremialnie do szkoły na oficjalne uroczystości. Nikt z nauczycieli nie wyłamywał się z tej tradycji, która przetrwała do 1989 roku. Nauczycielki (tradycyjnie panie miały w gronie nauczycielskim przewagę nad panami) mieszkające w Krakowie przyjeżdżały wtedy wcześniejszym pociągiem, który po koniec lat 70. zamieniły ochoczo na autobus PKS –u dzięki otwarciu jego linii z Krakowa do Raciborowic, a następnie do Zastowa. Uczestnictwo w życiu tutejszej parafii miało także podkreślać więź grona nauczycielskiego z jej społecznością. Uwidoczniała się ona również we wspólnym organizowaniu z miejscowymi działaczami społecznymi uroczystości okolicznościowych w domu parafialnym, co było nawiązaniem do przedwojennej tradycji raciborowickiej szkoły. W połowie lat 60. w komitecie rodzicielskim zrodziła się idea organizowania tzw. choinek nie tylko dla rodziców tutejszych uczniów i absolwentów szkoły, ale również wszystkich, którzy chcieli w jej życiu uczestniczyć, a nade wszystko ją wspierać. Pomysłodawcom chodziło bowiem o towarzyszące takiej imprezie zbiórki pieniężne konieczne na wyposażenie dodatkowych, pozalekcyjnych pomieszczeń w nowej szkole, które naukę w niej czyniły atrakcyjną. Pamiętamy, że w roku szkolnym 1955/1956 raciborowicka szkoła posiadała oprócz sześciu dużych sal lekcyjnych, sali gimnastycznej, kancelarii i pokoju nauczycielskiego – gabinet fizyczny, szatnię, kuchnię, salę do prac ręcznych i dodatkowe pomieszczenia, takie jak świetlica czy salka dla drużyny harcerskiej, tzw. harcówka. Dzięki takim imprezom jak „choinka” całe to zaplecze, ważne dla funkcjonowania szkoły, było świetnie jak na owe czasy wyposażone. Dzięki nim ogrodzono również teren szkoły metalową siatką. „Choinka”, która stała się wkrótce tradycją szkoły i jako taka przetrwała do dziś, miała dodatkowe znaczenie: integrowała wiejskie środowisko wokół szkoły. Taką miała nazwę, bo nie mogła mieć innej. W rzeczywistości była spotkaniem opłatkowym. W każdej z trzech sal lekcyjnych na parterze, zamienionych na sale przyjęć, siedzieli przy suto zastawionych stołach miejscowi ludzie, których łączyło nie tylko pochodzenie, ale również tradycja kulturowa przeniknięta obrzędowością, związaną z Bożym Narodzeniem. Na rozpoczęcie uroczystości do każdej z sal wchodził miejscowy ksiądz proboszcz lub reprezentujący go ksiądz wikary wraz z naszym ojcem jako kierownikiem szkoły w roli gospodarza oraz przewodniczącym komitetu rodzicielskiego. Ojciec witał zebranych, składając im życzenia z okazji świąt Bożego Narodzenia i oddawał głos najpierw księdzu, który dołączał się do życzeń gospodarza i błogosławił przygotowane opłatki, a następnie przewodniczącemu, który występował w imieniu rodziców uczniów, prezentując program ich działalności szkolnej. W tym czasie z dwóch innych sal dochodził już śpiew kolęd. Dopóki zebrani nie podeszli do siebie z opłatkiem i życzeniami, nikt niczego ze stołów nie dotknął, a było czym częstować się: wędliny domowego wyrobu, sałatki, żurki i barszczyki z pasztecikami i jajkami, wyśmienite ciasta, pieczone tradycyjnie w piecach węglowych przez znane miejscowe kucharki, organizujące przyjęcia weselne. „Choinka” w szkole była dla nich czymś więcej od największego wesela. Każdej z nich dawała bowiem dodatkową sławę znawczyni kuchni. Poczęstunek tylko w symbolicznej sumie był finansowany przez komitet rodzicielski. Lwią część kosztów ponosili rodzice, którzy podejmowali je nie tylko jako swój obowiązek, ale poczytywali go sobie za zaszczyt. Sala gimnastyczna, odpowiednio przyozdobiona, była miejscem do tańca oraz zabaw towarzyskich prowadzonych przez wodzireja. Po północy odbywał się wybór królowej balu, uzależniony od ilości zebranych przez nią kotylionów przygotowanych przez uczniów. Pieniądze na cele szkolne zbierane były przez przedstawicieli komitetu rodzicielskiego od początku spotkania do samego końca i zawsze stanowiły bardzo duża sumę w jego budżecie. Nikt nie skąpił datków, a bogatsi gospodarze dawali wręcz pokaz swej hojności. Nasza rodzina przygotowywała się do „choinki” odpowiednio wcześniej. Trzeba było przygotować odpowiednią garderobę, sprawdzić buty do tańca, zaplanować wizytę u fryzjera, co było szczególnie istotne dla żeńskiej części naszej rodziny. Buty były ważne, gdyż młodzież męska obecna na zabawie choinkowej przyjmowała jako swe zadanie obtańczenie każdej z córek kierownika szkoły. W ferworze przygotowań najważniejsze było jednak zawsze to, jak wypadnie ojciec. Mama mogła na nas polegać; wiedziała, że zawsze przygotujemy dla niego najlepszą koszulę i dobierzemy najładniejszy krawat, który ojciec po oficjalnym rozpoczęciu spotkania rozluźniał przy lada okazji, po czym szybko zdejmował, nie chcąc za bardzo różnić się od miejscowych mężczyzn, którzy uwielbiali chodzić w rozpiętych pod szyją koszulach, naśladując Witosa. Oddzielne miejsce zajmowały uroczystości dożynkowe, przygotowywane w okresie wakacyjnym w budynku szkolnym. Pamiętamy nade wszystko te, w których brałyśmy udział wraz z siostrą Marią, pracującą od dłuższego czasu wraz z rodzicami w raciborowickiej szkole, lubianą przez rodziców i uczniów, którzy, mając do czynienia z dwiema nauczycielkami o nazwisku Raźna, mówili o niej „pani Maria”, a często zdrobniale: pani Marysia. Nasza siostra nie musiała zapuszczać korzeni w tym środowisku, gdyż je tutaj od urodzenia posiadała. Umocniła natomiast swój autorytet i pozycje, gdy się dała poznać nie tylko jako dobra i wymagająca nauczycielka fizyki, a następnie – po ukończeniu odpowiednich kursów – jako wykwalifikowany pedagog w zakresie nauczania początkowego, ale również organizator drużyny harcerskiej. Wiele sympatii wdzięczności zyskała dodatkowo, gdy jako przedstawiciel Towarzystwa Przyjaciół Dzieci, odwiedzała domy biednych uczniów i sierot, organizując dla nich pomoc tej instytucji.

Miejscowa społeczność była bardzo skonsolidowana. Łączyła ją nie tylko tradycja, religia i wspólnie wyznawane wartości, ale również jednakowy styl życia, w którym było miejsce nie tylko na ciężką pracę, ale również na godziwą rozrywkę. Do pracy przyzwyczajany był każdy od małego dziecka. Stosownie do możliwości i sił wyznaczano dzieciom domowe obowiązki i pomoc w pracach polowych, zwłaszcza przy zbiorze truskawek czy też w żniwach. Nikt się nie obijał, a to, że dzieci pomagały rodzicom, było czymś normalnym i stanowiło nawet powód usprawiedliwionej nieobecności ucznia w szkole, jeśli rodzice potrzebowali jego pomocy i prosili o jego zwolnienie. Twarde, niekiedy trudne warunki życia wyzwalały wolę walki z przeciwnościami, rywalizacji z kolegami w szkole, chęć osiągnięcia sukcesu w dalszej nauce. Młodzież była wesoła i niezmanierowana, pełna pomysłów i energii. Gry, zabawy po nauce - tzw. zośka, cymbergaj, państwa-miasta, klasy, skakanki, piłka nożna i „dwa ognie” - to była wspaniała codzienność, która budowała bycie razem, bycie w grupie. Zapewniała jednocześnie sprawność i zręczność. Nie było mowy o nadwadze, ociężałości, otyłości. Dzieci nie były rozpieszczane, a jednak mniej chorowały i rzadko opuszczały lekcje. Umiały się cieszyć i dziękować, z radością chodziły na popołudniowe i wieczorne nabożeństwa (majówki, czerwcówki, różaniec), po których wspólne powroty do domów stanowiły okazję do pogłębienia koleżeńskich i przyjacielskich więzi, a niekiedy narodzin młodzieńczych uczuć. Wszyscy się znali, nikt się nikogo nie bał, wieś była bowiem spokojna i bezpieczna.

Wielu uczniów kontynuowało naukę w najlepszych krakowskich liceach, a następnie na uczelniach wyższych. W latach 60., 70. i 80. ilość młodzieży uczącej się i studiującej w Krakowie była – jak na tamte trudne dla wsi czasy – imponująca. Przez wiele lat stanowiła ona około 80 procent absolwentów raciborowickiej szkoły. Ówczesny trud jej nauczycieli nie poszedł na marne. Rodzice uczniów doceniali go na swój sposób.

Pamiętamy dużo serdeczności i wdzięczności okazywanej siostrze i naszym rodzicom przez miejscowych ludzi. Serdeczność ta obejmowała także nas, gdy całą rodziną byliśmy zapraszani przez tutejszych gospodarzy i ich żony na owoce (głównie czereśnie i jabłka) czy też rodzinne uroczystości. Obdarzali nas koszami jarzyn, a na każde święta Bożego Narodzenia i Wielkanocy pachnąca kiełbasą i szynką, jajami, bochnami pieczonego w domu chleba. Dzielili się po prostu darami ziemi i owocami swej ciężkiej pracy z tymi, których poważali. My także dużo zawdzięczamy raciborowickim nauczycielom. Zachowałyśmy we wdzięcznej pamięci nie tylko ich nazwiska, ale również ich jakże różne osobowości, pomysłowość, inwencję i cały duchowy ich świat, który przekładali na swój codzienny szkolny trud. Takimi wszyscy oni byli: Maria Kruczkowa, Helena Aliśkiewicz, Janina Góra, Stefania Gładki, Janina Biesiada, Wanda Turczynowska, Maria Ptak, Zdzisława Wojciechowska, Ewa Janowska, Aleksander Korzec, Krystyna Pietrzyk. Nurtuje nas pytanie: czy im dorównujemy?

Pamięci naszych Rodziców
Wdzięczne córki: Maria, Anna i Jadwiga

Zdjęcia z archiwum rodzinnego Marii, Anny i Jadwigi Raźnych: